Strona główna › Blog › Jedzenie


Mieszkam w Barcelonie od dziesięciu lat. Przez pierwsze pół roku jadałem kolację o 19:00 w pustych restauracjach i nie rozumiałem, dlaczego kelner patrzy na mnie z litością. Dziś wychodzę z domu o 22:00 i zwykle jestem jednym z pierwszych gości. Ten tekst jest dla tych, którzy chcą zobaczyć barcelońską noc od strony mieszkańców, a nie od strony Rambli.
Bo Rambla jest po drodze. Wychodzisz z hotelu w Ciutat Vella, idziesz w stronę morza i po pięciu minutach siedzisz przy stoliku z widokiem na tłum. Menu ze zdjęciami, sangria w dzbanku, paella o 22:00. Barcelończycy omijają ten deptak szerokim łukiem. Nie ze snobizmu, tylko z rachunku: za kufel piwa zapłacisz tam nawet dwa razy więcej niż kilka ulic dalej, a jedzenie często przyjeżdża z mrożonki.
Miejscowi wieczorem zostają w swoich dzielnicach. Barcelona to w praktyce zbiór dawnych miasteczek: Gràcia, Sants, Poble-sec, Sant Antoni. Każde ma swój placyk, swój bar na rogu i swoich stałych bywalców. Życie nocne toczy się tam, gdzie ludzie mieszkają, a nie tam, gdzie stoją zabytki.
Druga sprawa to rytm. Turysta jest głodny o 19:00 i wtedy szuka czegokolwiek otwartego. Jedyne pełne lokale o tej porze to te, które żyją z turystów. Kiedy o 22:00 dzielnice dopiero się rozkręcają, turysta jest już po kolacji i wraca na Ramblę na drinka. Dlatego dwa światy prawie się nie spotykają.
Gràcia była osobnym miastem do 1897 roku i do dziś tak się zachowuje. Wąskie ulice, mnóstwo placów i ludzie, którzy mówią „idę do Barcelony”, kiedy jadą do centrum. Wieczorem warto zacząć od Plaça del Sol: w ciepłe noce siedzi tam na ziemi kilkaset osób z puszkami, wokół są bary z ogródkami. Spokojniej jest na Plaça de la Virreina i Plaça de la Revolució de Setembre de 1868.
Przy tej drugiej znajduje się Bar Canigó (Carrer de Verdi 2), stary bar sąsiedzki ze stołem bilardowym i bez żadnej stylizacji. Czynny jest do późna — w tygodniu do 1:00–2:00, w piątek i sobotę nawet do 2:30, zamknięty w niedzielę. Na kolację z tapas chodzę do Café Salambó przy Carrer de Torrijos 51. Wnętrze z lat 90., obok kino Verdi, więc po seansie zawsze jest tłum. Kuchnia działa tam do późnego wieczoru — w tygodniu do około 23:00, w weekendy dłużej.
Główną osią wieczoru jest Carrer de Verdi. Wystarczy przejść ją od Plaça de la Virreina w górę i zaglądać do środka. Gdzie przy barze słychać katalański, tam warto wejść. Orientacyjnie: caña (małe piwo z beczki) kosztuje 2,50–3,50 €, kieliszek wina 3–4 € [ceny orientacyjne].
Uwaga na połowę sierpnia. W czasie Festa Major de Gràcia dzielnica zamienia się w wielką imprezę, a miejscowi raczej z niej uciekają, niż na nią przychodzą.

Jeśli ktoś pyta mnie, gdzie zjeść po 23:00 i nie wydać fortuny, odsyłam go na Carrer de Blai w Poble-sec. To deptak gęsto obsadzony barami z pintxos, czyli kromkami chleba z dodatkami przebitymi wykałaczką. Zasada jest prosta: bierzesz sam z lady, a na koniec kelner liczy wykałaczki. Jeden pintxo kosztuje orientacyjnie 1,90–2,50 € [ceny orientacyjne].
Najbardziej znane lokale to Blai 9 i La Tasqueta de Blai (Carrer de Blai 15–17). W piątek o 23:00 jest tłoczno, ale głównie od młodych barcelończyków i studentów, nie od wycieczek. Lokale na tej ulicy zamykają się zwykle około północy–1:00 w nocy.
Tuż obok jest Quimet & Quimet przy Carrer del Poeta Cabanyes 25. To legendarne montaditos z puszkowanych owoców morza, ale bar jest otwarty tylko od poniedziałku do piątku (12:00–16:00 i 18:00–22:30), a w weekendy zamknięty. Lepiej wpaść tam na przystawkę około 19:00, a potem przenieść się na Blai.
Dobra alternatywa to sąsiedni Sant Antoni, zwłaszcza Carrer del Parlament. Działa tam Bar Calders (Carrer del Parlament 25) z tarasem, a kilka numerów dalej Els Sortidors del Parlament (Carrer del Parlament 53), bodega z winem z beczek.

El Born leży w historycznym centrum i jest pełen turystów. Wieczorem da się jednak znaleźć w nim miejsca, w których zamawiają miejscowi. Klasykiem jest El Xampanyet przy Carrer de Montcada 22, naprzeciwko Muzeum Picassa. Kafelki na ścianach, tani „xampanyet” (lokalne musujące wino) i anchois. Jest otwarty od wtorku do soboty (12:00–15:30 i 19:00–23:00), w niedzielę i poniedziałek zamknięty. Na tej samej ulicy, pod numerem 2, jest Bar del Pla. To nowocześniejsze tapas, dobra lista win i kuchnia czynna do 23:00 w tygodniu i do północy w weekendy.
Na wino przy samej bazylice Santa Maria del Mar idzie się do La Vinya del Senyor na Plaça de Santa Maria. Karta win jest długa, a kieliszek kosztuje orientacyjnie 4–7 € [ceny orientacyjne]. Na vermut, który w Barcelonie jest tradycją bardziej popołudniową, ale przeciąga się do nocy, polecam Bormuth przy Carrer del Rec 31 — otwarty od wtorku do niedzieli do północy.
Okolice targu Santa Caterina po zmroku są cichsze. Uliczki między Carrer de Carders a Via Laietana to dobry teren na spacer bez planu. Szklanka vermutu z kranu kosztuje w zwykłych barach orientacyjnie 3–4 € [ceny orientacyjne].
To najważniejszy rozdział, bo pomyłka w godzinach psuje cały wieczór. Mniej więcej tak wygląda typowy dzień barcelończyka:
14:00–16:00 obiad, często „menú del día”. 19:00–20:30 to czas na piwo albo vermut po pracy, czasem z oliwkami czy chipsami. 21:00–23:00 kolacja: w tygodniu bliżej 21:00, w weekend bliżej 22:00. 23:00–1:00 drinki w barze albo druga runda tapas. Po 1:00 kluby, jeśli ktoś w ogóle idzie. Większość nie zjawia się w nich przed 2:00.
W praktyce: jeśli o 20:00 wchodzisz do restauracji i jest pusta, to nic nie znaczy. Może to być świetne miejsce, tylko jeszcze za wcześnie. Jeśli o 20:00 jest pełna, przyjrzyj się gościom. Prawdopodobnie usłyszysz pięć języków i żadnego katalońskiego.
Z drugiej strony wiele kuchni zamyka się około 23:00–23:30, nawet jeśli bar działa dalej. Dlatego „tapas po 23:00” to przede wszystkim Carrer de Blai, kilka barów w Gràcii i lokale w Eixample, na przykład Cervecería Catalana przy Carrer de Mallorca 236. Tam chodzą zarówno miejscowi, jak i turyści, ale kuchnia jest dobra i czynna do 1:30 w nocy. Spodziewaj się kolejki.
Niedziela wieczorem to osobna historia. Sporo barów jest zamkniętych, a miasto chodzi spać wcześniej.

Po dziesięciu latach mam listę sygnałów ostrzegawczych. Żaden z nich sam nie przesądza, ale trzy naraz to już wyrok.
Naganiacz w drzwiach. Dobry bar w Barcelonie nie musi nikogo zaczepiać. Menu ze zdjęciami w sześciu językach. Lokalny bar ma kartę po katalońsku i hiszpańsku, czasem po angielsku, a często tylko tablicę z kredą. Paella na kolację. Miejscowi jedzą paellę w porze obiadu, najczęściej w weekend. Paella reklamowana o 22:00 jest dla turystów. Sangria w dzbanku. Barcelończycy piją piwo, wino, vermut albo cavę. Patatas bravas z keczupem i majonezem z butelki. Prawdziwe bravas mają ostry sos, w Barcelonie często z dodatkiem allioli.
Pozytywne sygnały: przy barze stoją ludzie z pracy albo z sąsiedztwa, kelner rozmawia po katalońsku, na podłodze leżą serwetki (w starych barach to normalne), a lokal jest pełny po 21:30. Liczą się też ceny. Jeśli caña kosztuje 5–6 €, a zwykłe bravas ponad 8 €, płacisz za lokalizację, nie za jakość [progi orientacyjne].
Prosty test: odejdź od głównej atrakcji o trzy przecznice i dopiero wtedy szukaj stolika.
Kieszonkowcy. Barcelona jest bezpiecznym miastem, jeśli chodzi o przemoc, ale kradzieże to plaga. Najbardziej ryzykowne są Rambla, metro (zwłaszcza linia L3), plaża w Barcelonecie i zatłoczone place w Gràcii. Telefon nie leży na stoliku, a plecak wisi z przodu. W nocy na plaży nie zostawiaj niczego bez opieki nawet na minutę.
Powrót. Metro działa w niedzielę–czwartek do północy, w piątek do 2:00, a z soboty na niedzielę przez całą noc. Poza tym jeżdżą nocne autobusy NitBus (linie oznaczone literą N), większość przez Plaça de Catalunya. Taksówki są czarno-żółte, łatwo je złapać na ulicy, a zielona lampka oznacza, że są wolne. Działają też aplikacje Uber i FreeNow. Za kurs z Poble-sec do Gràcii nocą zapłacisz orientacyjnie 12–18 € [cena orientacyjna].
Co zamówić. Na początek caña albo vermut z oliwką i plasterkiem pomarańczy. Do jedzenia bombas (barcelońskie krokiety ziemniaczane z mięsem, wymyślone w Barcelonecie), pan con tomate, pimientos de Padrón, croquetas i anchoas. Do tego kieliszek wina z regionu: Priorat, Montsant albo Penedès.
Napiwki. Nie są obowiązkowe. Miejscowi zostawiają drobne albo zaokrąglają rachunek. Nikt nie oczekuje 10–15%.
Picie na ulicy. Formalnie jest zabronione i grozi mandatem od 100 do 600 €, choć na placach w Gràcii widać to na co dzień. Ulicznym sprzedawcom piwa w puszkach („cerveza-beer”) lepiej podziękować: to nielegalne i często nie wiadomo, gdzie te puszki były przechowywane.
Chcesz zobaczyć Barcelonę z kimś, kto tu mieszka?
Spacer z polskim przewodnikiem: 6 godzin pieszo przez Stare Miasto i Eixample, wtorki i czwartki o 10:00, maks. 20 osób, 155 zł od osoby.

Sprawdzone porady, mniej znane miejsca i praktyczne triki na wyjazd do Barcelony — prosto na Twój e-mail. Bez spamu, wypisujesz się jednym kliknięciem.