Strona główna › Blog › Ciekawe miejsce

Katalonia poza Barceloną zaczyna się szybciej, niż się wydaje. Godzina i pół jazdy na północ i beton zamienia się w kamień: mury, bruk, wieże i cisza, której w mieście nie ma o żadnej porze roku. Trzy wsie — Peratallada, Pals i Besalú — odwiedziłem w różnych sezonach i za każdym razem miałem to samo wrażenie: ktoś zostawił tu średniowiecze w stanie surowym, bez dobudówek i bez przeróbek. Poniżej praktyczny przewodnik po tym, co zobaczyć, kiedy jechać i jak to wszystko poskładać w jedną dzienną wycieczkę z Barcelony.
Katalonia ma dziesiątki dobrze zachowanych średniowiecznych miasteczek, ale te trzy wygrywają czymś prostym: są kompletne. Nie chodzi o pojedynczy zamek otoczony współczesną zabudową, tylko o całe organizmy z kamienia, gdzie średniowieczny układ ulic przetrwał bez ingerencji. Wszystkie leżą w prowincji Girona, na północ od Barcelony, i wszystkie dają się objechać w jeden dzień.
Druga rzecz to skala tłumu. Costa Brava latem potrafi być nie do zniesienia, a te wsie leżą w głębi lądu, kilkanaście kilometrów od plaż. Ludzie tam docierają, ale to inny rodzaj ruchu: rodziny na obiedzie, pary na weekend, autokary raczej rzadko. Poza sezonem, w listopadzie czy lutym, potrafisz przejść całą Peratalladę i minąć pięć osób.
Trzecia rzecz — materiał. Wszystko tu jest z jednego kamienia: mury, schody, framugi, progi, koryta. To daje efekt, którego nie da się podrobić scenografią. Sprawdziłem to zdjęciami: kadry z tych wsi wyglądają jak plan filmowy, bo nie ma w nich żadnego elementu z XX wieku.
Peratallada leży w comarce Baix Empordà i administracyjnie należy do gminy Forallac. Nazwa mówi wszystko: pedra tallada, czyli kamień cięty, skała wyrzeźbiona. Nie jest to metafora. Fosa otaczająca wieś nie została wykopana w ziemi, tylko wykuta w litej skale, i ten sam urobek poszedł potem na mury i domy. Idąc wzdłuż obwarowań, widzisz dokładnie, skąd wzięto budulec.
Spacer zajmuje godzinę, może półtorej, jeśli się nie spieszysz. Wchodzi się przez bramę w murach i od razu traci orientację — uliczki są wąskie, zakręcają, część przechodzi pod przesklepieniami. Centrum stanowi Plaça de les Voltes, placyk z arkadami, przy którym trzyma się większość knajp. Nad wszystkim góruje zamek z wieżą — obiekt od dekad jest w rękach prywatnych i działa jako kameralny hotel, więc można go podziwiać przede wszystkim z zewnątrz, z placu i spod murów.
Poza murami stoi romański kościół Sant Esteve, kilka minut pieszo. Warto tam zajść choćby dla kontrastu: po ciasnym kamiennym labiryncie nagle otwiera się pole. Polecam iść bez planu i po prostu skręcać w każdą boczną uliczkę — wieś jest na tyle mała, że nie da się zgubić na dobre.

Pals dzieli od Peratallady około siedmiu kilometrów, więc to naturalna druga stacja. Różnica jest zasadnicza: Peratallada leży płasko, Pals stoi na wzgórzu. Średniowieczna dzielnica, zwana El Pedró, wspina się stromo i kończy przy Torre de les Hores — romańskiej wieży, pozostałości po dawnym zamku, która później dostała zegar i stąd wzięła nazwę.
Najlepszy punkt to taras widokowy przy szczycie wsi — Mirador Josep Pla. Z jednej strony widać dolinę z polami ryżowymi, z drugiej pola Empordà i wyspy Medes na horyzoncie. Ryż z Pals to lokalna duma i realny produkt rolny, uprawiany tu od stuleci na terenach dawnych mokradeł. Jesienią, po żniwach, pola stoją w wodzie i odbijają niebo; to jeden z lepszych widoków w Empordà.
Poza sezonem Pals robi się niesamowicie ciche. Kamienne domy, zamknięte okiennice, nikogo na ulicy — wrażenie miasta widma. Latem odwrotnie: to najbardziej oblegana z tych trzech wsi, bo blisko stąd na plaże. Idź rano albo pod wieczór.


Besalú leży już w innej comarce, Garrotxa, nad rzeką Fluvià, u progu krainy wygasłych wulkanów. To nie wieś, tylko dawna stolica własnego hrabstwa, i widać to po skali zabudowy.
Pierwsze, co się widzi, to Pont Vell — romański most z charakterystycznym załamaniem w połowie długości i bramą wieżową pośrodku. Załamanie nie jest kaprysem budowniczych: most stawiano na naturalnych skałach w korycie rzeki. Wejście do miasteczka przez tę bramę to najlepszy możliwy wstęp.
Najciekawszy zabytek stoi jednak poniżej, nad samą rzeką. To miqvé — średniowieczna żydowska łaźnia rytualna, jedna z nielicznych zachowanych w Europie, schodząca kamiennymi stopniami do poziomu wody gruntowej. Besalú miało znaczącą gminę żydowską do wygnania Żydów z Hiszpanii pod koniec XV wieku; po dzielnicy zostały głównie ślady w układzie ulic i właśnie ta łaźnia. Do środka wchodzi się zwykle z przewodnikiem — bilety i godziny sprawdzisz w biurze informacji turystycznej na Plaça Major.
Do tego dochodzi Sant Pere, kościół dawnego opactwa benedyktynów, i plac przed nim. Na Besalú rezerwuję zawsze najwięcej czasu.

Powiem to wprost: żadna z tych trzech wsi nie ma stacji kolejowej. Bez auta da się, ale trzeba planować i pogodzić się z tym, że w jeden dzień pewnie obejmiesz dwie, nie trzy.
Schemat dla Peratallady i Pals to pociąg z Barcelony w stronę Girony i dalej na północ, z wysiadką w Flaçà lub w Gironie, a potem lokalny autobus w głąb Baix Empordà. Autobusy kursują kilka razy dziennie i zdecydowanie rzadziej w weekendy.
Do Besalú dojeżdża się z Girony albo z Olot autobusem — to regularna linia na trasie w stronę wulkanicznej Garrotxy, obsługiwana kilka razy dziennie. Są też autobusy dalekobieżne z dworca Barcelona Nord w kierunku Olot, część z nich zatrzymuje się po drodze.
Bilety kosztują kilka do kilkunastu euro w jedną stronę. Kluczowa rada: sprawdź powrót, zanim wyjedziesz. Ostatni autobus z wioski potrafi odjechać wczesnym popołudniem.
Najlepsze miesiące to kwiecień–czerwiec i wrzesień–październik. Wiosną Empordà jest zielona i pusta, jesienią pola ryżowe w Pals wyglądają najlepiej, a w Garrotxie zaczyna się sezon grzybowy i kolory na lasach. Lipiec i sierpień odradzam: kamień oddaje ciepło do późnego wieczora, a wybrzeże wypycha ludzi w głąb lądu. Zimą jest pięknie i zupełnie pusto, ale część restauracji i punktów informacji działa w ograniczonych godzinach.
Jedzenie to osobny powód do przyjazdu. W Baix Empordà zamawiam arròs de Pals — lokalny ryż podawany zwykle z owocami morza albo w wersji zapiekanej. Cała okolica stoi też na wędlinach: botifarra w kilku odmianach, suszona fuet, kiszki gotowane. Z Garrotxy warto spróbować fasoli fesols de Santa Pau, uprawianej na wulkanicznej glebie.
Do tego oliwa z Empordà, chleb nacierany pomidorem i owcze lub kozie sery z okolicznych gospodarstw. Restauracje w Peratalladzie są droższe niż średnia regionalna — to cena za adres. W Besalú znajdziesz spokojniejsze lokale przy bocznych placach.
Jeżeli masz samochód, kolejność narzuca się sama. Wyjazd z Barcelony wczesnym rankiem, autostradą AP-7 na północ, pierwszy postój w Besalú — bo jest najdalej i najlepiej wygląda w porannym świetle, zanim zapełni się most. Daj sobie tam dwie godziny: most, miqvé, Sant Pere, kawa na rynku.
Potem jedziesz na wschód, w stronę wybrzeża, do Peratallady. Około godziny drogi. Tam obiad i spokojny spacer po murach, łącznie dwie–trzy godziny. Na koniec Pals, kwadrans jazdy dalej — wspinasz się do Torre de les Hores i zostajesz na tarasie widokowym do zachodu słońca nad polami ryżowymi. Powrót do Barcelony zajmie około dwóch godzin.
Bez auta zmodyfikuj plan: wybierz oś Peratallada–Pals (leżą blisko siebie, można je połączyć pieszo lub rowerem) albo samo Besalú z Girony, i dodaj do tego spacer po starej Gironie. Próba wciśnięcia całej trójki w jeden dzień komunikacją publiczną kończy się zwykle tym, że oglądasz przystanki zamiast wsi.
Chcesz odkryć więcej tajemnic Barcelony? Zajrzyj do naszych sprawdzonych tras, ukrytych perełek i praktycznych wskazówek — wszystko czeka w jednym miejscu.

Sprawdzone porady, mniej znane miejsca i praktyczne triki na wyjazd do Barcelony — prosto na Twój e-mail. Bez spamu, wypisujesz się jednym kliknięciem.